Stop wariatom drogowym!
Dodano: 19-12-2008, 18:20
W ostatnim czasie mój los przyczynił się do tego, iż przyszło mi jeździć przez kilka dni pożyczonym samochodem... Pierwszy kontakt z tym pojazdem wywarł na mnie mocne wrażenie. I bynajmniej powodem tego był nie tyle sam samochód, co jego... wnętrze.
Otwieram drzwi, siadam za kierownicą, rozglądam się wokół – Fiat jak to Fiat – normalny cywilny pojazd do przemieszczania się. Od początku jednak mam wrażenie, że coś jest nie tak, gdyż czuję się w nim bardzo niekomfortowo. Spoglądam przed siebie i już wiem: w oczy rzuca mi się wielki czerwony, kołyszący się na lusterku zapach, a nim napis: „STOP wariatom drogowym!” Od razu zrozumiałam, że ten tekst skierowany jest właśnie do mnie i wywołało to we mnie ogromne poczucie winy. Przed oczyma stanęły mi bowiem moje ostatnie „grzeszki” popełniane na drodze: przekraczanie dozwolonej prędkości, wyprzedzanie na trzeciego (czasami na podwójnej ciągłej), „przetas” na trójpasmówce, ścinanie zakrętów, jeżdżenie w poślizgu po pustych rondach i wiele wiele innych, do których wstyd mi się czasami przyznawać. Głupio mi się zrobiło, ale jako że znam siebie i swój temperament, stwierdziłam, że nie pasuje mi takie afiszowanie się ze sloganem, który zupełnie nie określa mojej postawy. Czym prędzej zdjęłam kłujący mnie w oczy wyrzut sumienia i schowałam go do schowka. Tak, teraz zdecydowanie jest mi lepiej. Jeszcze tylko sprawdzę, czy dokumenty samochodu są na swoim miejscu, odchylam daszek przeciwsłoneczny i ku mojemu zaskoczeniu ukazał się tam taki sam przekaz! Cóż, każdy ma prawo mieć swoje poglądy i nawet jeśli wydają się one być nieco konserwatywne to należy je szanować. Mnie idealnie przepisowa jazda męczy i nie będę tego ukrywać. Tak, zdecydowanie jestem dokładnie tym wariatem drogowym, o którym mowa. Odpalam silnik, ruszam z postanowieniem próby ogarnięcia się i opanowania tego demona szos, który we mnie drzemie.
Już na pierwszym zakręcie wyczuwam ogromne luzy w przekładni kierowniczej i głuche stuki gdzieś w okolicach prawego MacPhersona. Próbuję utrzymać tor jazdy na wprost – koła jednak jadą w swoją stronę, kierownica kręci się w swoją. Zdecydowanie samochód wymaga natychmiastowego przeglądu i wymiany dużej części zawieszenia oraz ustawienia geometrii kół. Jako że darowanym siedemdziesięciu pięciu koniom mechanicznym w zęby zaglądać się nie powinno – zaciskam własne zęby i jadę dalej, zachowując szczególną ostrożność. Pierwsze światła prawie przejeżdżam na czerwonym. Wciskając pedał hamulca czuję, że gdzieś tam przy samym końcu resztki klocków próbują nieudolnie zatrzymać przednią oś, wydając przy tym taki dźwięk, że dostaję gęsiej skórki (już nawet nie wiem czy bardziej z powodu tego metalicznego pisku, czy ze strachu o własne życie). W panice postanawiam pomóc sobie hamulcem ręcznym – zupełnie już mnie nie dziwi jego brak...
Żyję. Zatrzymałam się pół metra za sygnalizatorem. Podczas postoju próbuję ochłonąć i szybko dochodzę do wniosku, że takim samochodem jazda z prędkością 50km/h jest zamachem na życie własne i innych użytkowników ruchu. Jestem przerażona i jednocześnie pełno we mnie podziwu dla osoby poruszającej się takim autem na co dzień, która jeździ przepisowo – a więc po mieście nie przekracza pięćdziesiątki, ale na autostradzie rozwija prędkość 130km/h!
Spoglądam raz jeszcze na naklejkę nad moja głową i wybucham śmiechem. Jestem przekonana, że mamy tutaj do czynienia z kierowcą, który zapewne gani wszystkich za każde, nawet najmniejsze przekroczenie prędkości, głośno wypowiada się na temat szybko i brawurowo jeżdżących młodych kierowców. Zapewne również trąbi i mruga długimi na wszystkich „nieposłusznych”, próbując przywołać ich do porządku poprzez pokazywanie wymownego gestu pukania się w czoło. Sam natomiast jeździ samochodem, który nie powinien być w ogóle dopuszczony do ruchu drogowego, bo na ulicy stwarza niejednokrotnie większe zagrożenie, niż ci wszyscy „szaleńcy”. Warto się zastanowić, czy tym wariatem drogowym nie jest właśnie ten, kto wypuszcza się w trasę samochodem, który zostawia cztery ślady...
Na zapachu „STOP wariatom drogowym” dopisałam: „i właścicielom niesprawnych technicznie samochodów...”, powiesiłam go na swoje miejsce, oddałam kluczyki właścicielowi i przez kilka dni mogłam się cieszyć bezpieczną jazdą... autobusem, by później odebrać z warsztatu mój sprawny technicznie samochód.
Bo czy nie lepiej z dwojga złego jeździć szybko samochodem sprawnym w 100%, niż niesprawnym przepisowo?
Anna Grzesik