Dodano: 26-12-2008, 13:01
|
|
Być może u części czytelników pewne zdanie z felietonu Ani nie wzbudziło zaniepokojenia. Mnie jednak – jako osobnikowi niezwykle zirytowanego sytuacją na polskich drogach, a równocześnie zadeklarowanemu konserwatyście – zjeżyło włos na głowie! Otóż Ania napisała: „Cóż, każdy ma prawo mieć swoje poglądy i nawet jeśli wydają się one być nieco konserwatywne to należy je szanować”.
Nie ulega wątpliwości, że kierunek, w którym podąża organizacja ruchu w Polsce, ale i na świecie, jest właśnie zaprzeczeniem konserwatyzmu. Nie ma nic dalszego od konserwatyzmu, niż próba rewolucyjnej czy radykalnej zmiany rzeczywistości poprzez suche zapisy prawne i egzekwowanie ich. Konserwatyzm pozostawia raczej życie społeczne samemu sobie, by kwitło w danej tradycji.
Tymczasem Europę ogarnął szał zmian. W Niemczech już od dłuższego czasu czynione są zakusy na wprowadzenie limitów prędkości na autostradach tam, gdzie dotychczas nigdy ich nie było. Polskę pokrywa groteskowa siatka linii ciągłych, bardzo często w miejscach kuriozalnych. Urzędnik w uniformie wie lepiej, czy STI może tam wyprzedzić malucha czy nie. We wszystkich samochodach w Unii obligatoryjnie montowany jest ABS, mimo, że wiadomo, iż dobry kierowca skuteczniej zahamuje bez niego. I nawet nie byłoby w tym nic złego, gdyby system ten był montowany standardowo. Statystycznie bez wątpienia poprawia bezpieczeństwo na jezdni. Zatrważające jest jednak to, że nie można z niego zrezygnować nawet na życzenie!
Nie będę tutaj wskazywał wroga po imieniu, ale przecież wiadomo, że nie jest nim konserwatyzm, lecz… W tym paradygmacie najistotniejsza jest ideologia, a nie fakty i rzeczywistość – nad czym ex definitione zawsze skupia się konserwatyzm. Skoro więc ustalono w jakiejś radzie mędrców, że główną przyczyną wypadków jest prędkość, pozostaje tylko skutecznie z nią walczyć. Zapewne przykrą dla owych demiurgów konstatacją jest to, iż owa walka niemożliwa będzie ad infinitum i kres jej wyznacza delegalizacja motoryzacji.
Rekapitulując wątek konserwatywny, wątpiących w sens powyższych słów proszę o wskazanie tradycji traktowania kierowców jak małe dzieci bawiące się autkami w piaskownicy. Zdaje się, że nie można tego uczynić, co powinno zakończyć spór.
Gdybym chciał wskazać jakieś ikony nowego i starego podejścia, to byliby to: Krzysztof Hołowczyc i Sobiesław Zasada. Hołowczyc pozostając Mistrzem, zdryfował ku poprawności politycznej i uczynił z prędkości samo Zło. Oto dobra próbka jego nowej działalności:
http://www.activmedia.pl/film,6,Eksperyment+%AFycie+odc.+2,9.html
Pana Krzysztofa trudno nie lubić i nie cenić, ale… w jaki sposób w tym samochodzie zablokowały się tylne koła..? Zapewne nie przez hamulec główny – taki samochód z pewnością ma już ABS. Widać tutaj jak na dłoni, że w niekonserwatywnym ujęciu traktuje się ludzi jak – za przeproszeniem – idiotów.
A oto Zasada:
„Jest ślisko. Chcę wyprzedzić autobus. Nagle z lewej bocznej drogi wyjeżdża wóz ciężarowy Star i jedzie wprost na mnie. Mam szybkość około 140km/h. Nie zdążę wyprzedzić. Hamuję. Co chwila następuje blokada kół. (Na takiej nawierzchni możliwe i najskuteczniejsze jest tak zwane hamowanie impulsywne). Jadący z naprzeciwka Star rośnie w oczach. Jestem na wysokości tylnych kół autobusu po lewej stronie drogi. Hamuję do ostatniej chwili i tuż przed zderzeniem czołowym ze Starem puszczam hamulec i skręcam w prawo. Wyszło. Byłem uratowany. Przód mojego Porsche prawie dotknął tylnego zderzaka autobusu.”
Nie ulega wątpliwości, że Zasada byłby „gwiazdą” TVN Turbo, a kto wie, może i wylądowałby na pierwsze stronie Onetu jako drogowy zbrodniarz. Ale to właśnie Zasada wyznacza tradycję doskonalenia jazdy w Polsce. Zresztą sama jazda również od dawna była tu szybka. A skoro taka jest tradycja, to jej zaprzeczenie nie może być konserwatywne.
Co do samej nalepki STOP WARIATOM DROGOWYM, to jako człowiek, który często kalkuluje, czy zatrzymać się przed przejściem dla pieszych na dwupasmówce, czy nie (widząc w lusterku zbliżający się sąsiednim pasem samochód, nie zwalniający mimo moich świateł stopu), czy też przechodzący z dzieckiem na pasach przez warszawskie jezdnie z oczami dookoła głowy (co nie raz ratowało nam życie), jednak bym ją zostawił. Jakkolwiek sięgając pamięcią wstecz kojarzę billboardy tej akcji skupiające się w krytykowany powyżej sposób na prędkości, to jednak ogólnie same założenia akcji nie są według mnie godne odrzucenia:
„Kampania „STOP wariatom drogowym” piętnuje nieodpowiedzialne zachowania na drodze. Buduje wśród kierowców świadomość zagrożeń, jakie niesie ze sobą nadmierna prędkość, brawura, nieuwaga oraz prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Zastosowane w wykorzystanych w kampanii reklamach środki wyrazu mają skłonić ich do refleksji nad własnym zachowaniem. Po raz pierwszy to właśnie kierowcy, a nie abstrakcyjne skutki ich zachowań, są tematem kampanii. Wykorzystane w przekazie potoczne sformułowanie „wariat drogowy” oznacza osobę zachowującą się nieracjonalnie i niebezpiecznie.”
W mojej opinii poprawa bezpieczeństwa na drogach jest rzeczą bardzo prostą, jeśli idzie o wyznaczenie strategii, a co więcej tanią. Należałoby zabierać dożytotnio prawo jazdy osobom jadącym w stanie nietrzeźwości, bardzo surowo karać – m. in. czasowym zabraniem prawa jazdy – osoby dopuszczające się takich manewrów, jak wyprzedzanie na pasach czy nie uznanie pierwszeństwa pieszego (piesi to znacza część śmiertelnych ofiar wypadków) a także nieprzepuszczanie na egzaminach osób, które po prostu nie umieją jeździć – co jest nagminnym przypadkiem. Niestety, policja jest bardziej zainteresowana staniem z radarem w krzakach i wyłapywaniem piratów pędzących z prędkością 120km/h. Efekty tego znamy – liczba śmiertelnych ofiar utrzymuje się na podobnym poziomie, a niekiedy nawet wzrasta w danych okresach.
I już zupełnie na koniec, przerażony inwigilacją i zamordyzmem na drogach, stwierdzam, że niedługo będę chyba żegnał się tak:
Szerokości,
Bajo!
Jakub Pilarek