Prawo do przekraczania prędkości
Dodano: 14-01-2009, 13:57
Limity prędkości to bolączka Polaków. Niejednokrotnie spędzają one sen z powiek, odbierają chęć życia, wywołują szereg skrajnych odczuć: od depresji, osłabienia poprzez apatię, frustrację aż do silnych stanów niekontrolowanej agresji. Bo przecież każdy z nas uważa się za kierowcę znakomitego, który posiada niepisane prawo przekraczania prędkości o te umowne 20-30km/h. Życie nieraz weryfikuje te poglądy, stwarzając ogromny wachlarz możliwości wyciągania wniosków na przyszłość.
Warto zastanowić się nad przyczyną tego zjawiska. Dlaczego w naszym kraju dochodzi do tak częstego łamania przepisów na ulicy? Istotną przyczyną nieprzestrzegania znaków przez Polaków jest ich absurdalność. Cechą charakterystyczną takiego przepisu jest to, że jego egzekwowanie odbywa się w każdych warunkach pogodowych, niejednakowymi pojazdami, w różnych stanach technicznych, z kierowcami za kółkiem o różnorodnych stopniach umiejętności i doświadczenia. A przecież nieraz już przekonaliśmy się, że pięćdziesiąt kilometrów na godzinę pięćdziesięciu kilometrom na godzinę równie nie jest. Taka prędkość w Fiacie Cinquecento jest prędkością bezpieczną. W Imprezie STI jest to wręcz postój. A i tak z tego „postoju” Impreza wyhamuje o wiele wcześniej niż Cinquecento.
Wprowadzane w Polsce nielogiczne przepisy prawa, czego szczególnie jaskrawym przejawem są właśnie nierealne ograniczenia prędkości powodują skutek odwrotny od zamierzonego: utrwalają jedynie u Polaków nawyk nieprzestrzegania prawa we wszystkich dziedzinach życia.
Polska ustawa o ruchu drogowym zmienna jest bardziej niż kobieta. Niejednokrotnie wręcz odnosi się wrażenie, że każda zmiana w przepisie prawnym jest pewnego rodzaju kolejnym eksperymentem na kierowcach: „Tutaj damy punkty karne, a jeśli to nie pomoże, zwiększymy stawki mandatów. Dla pewności wypuścimy jeszcze na drogi kilkadziesiąt cywilnych pojazdów z wideokamerami.” Osoby, które współtworzą prawo o ruchu drogowym są przekonane, że takie sposoby karania powinny w końcu zmusić kierowców do przestrzegania przepisów. Jeśli ich któreś z rzędu podejście nie wypala to po prostu stawiają takie ograniczenia prędkości, że Ursusem ciężko byłoby ich przestrzegać. Kierowcy mimo wszystko jednak nie zwalniają. Jeżdżą konsekwentnie szybciej niż prawo tego wymaga, są specjalistami w hamowaniu na ostatnią chwilę przed skrzynkami z fotoradarami, odczuwając ogromny dyskomfort z powodu konieczności odpuszczenia pedału gazu. Szczególnie daje się to we znaki kierowcom pojazdów z silnikami o małym litrażu, którym rozpędzanie się po minięciu tego punktu trasy zajmuje tyle czasu, że gdy osiągną z powrotem swoją stałą prędkość – na horyzoncie plasuje się kolejny znak informujący o radarze. Dla kierujących takimi pojazdami jak Evo czy Impreza STI jest to pewnie po prostu chwilowe, konieczne i nie do uniknięcia „zatrzymanie się”.
Wszędzie gdzie istnieją zasady, pewne normy – znajdują się również sposoby ich ominięcia. Sprytniejsi kierowcy wyposażają swoje samochody w dodatkowy system prewencyjny: montują CB-radia, systemy nawigacyjne, antyradary. Przy takich zabezpieczeniach szanse na to, że dostaniemy mandat są naprawdę nikłe. Tak, ludzie tacy w trasach przekraczają dozwolone prędkości. Ale czy jeżdżą nieodpowiedzialnie? Niejednokrotnie mając możliwość wykorzystania dużej mocy nie robią tego, ograniczając się do całkiem zdroworozsądkowych prędkości. A przecież mogliby jechać szybciej, bo wiedzą dokładnie gdzie „misiaki suszą”. Jak by jeździli ludzie, gdyby całkowicie zlikwidować ograniczenia prędkości? Czy naprawdę gatunek ludzki wyginął by na drogach publicznych w pierwszym tygodniu od zniesienia tych limitów?
I tak konsekwentnie sposobu jazdy nie zmieniamy, za to płacimy coraz większe mandaty. Raz na jakiś czas, gdy przekroczymy dopuszczalną liczbę punktów karnych zabierają nam prawo jazdy, zdajemy ponownie za pierwszym razem egzamin i historia się powtarza, z tą różnicą, że co parę miesięcy jesteśmy informowani (z różnym skutkiem) o kolejnych „ewolucjach” w ruchu drogowym. A przecież prawo ma być stałe, jasne i realne. Jak konstytucja. Zmiany powinny być sporadyczne, a przepisy życiowe. Ale żeby do tego doszło, ktoś mądry w końcu musi podsunąć jakiś konkretny przemyślany projekt.
Żeby nie być posądzaną o teoretyzowanie – sama mogę zaproponować całkiem ciekawe, jednak zapewne kosztowne dla państwa wyjście. Proponuję pójść w drugą stronę – zamiast zaostrzać prawo i sposoby egzekwowania kar (które poza podwyższeniem budżetu państwa do niczego więcej nie prowadzą) – dostosować w końcu przepisy ruchu drogowego do realizmu życia w XXI wieku. Oprócz wydawania zwykłego prawa jazdy, można by wprowadzić tzw. prawo jazdy II stopnia. Oczywiście warunkiem wyrobienia sobie takiego dokumentu byłoby posiadanie przez jakiś określony czas zwykłego prawa jazdy i jeżdżenia na nim bez większej szkody na drodze. Takie zachowanie skłaniało by osoby, które marzą o posiadaniu wyższego stopnia kierowcy do rozsądnej jazdy. Do tego doszłyby oczywiście odpowiednie egzaminy (po wcześniej odbytym specjalistycznym szkoleniu), badanie predyspozycji, inteligencji, umiejętności. Gdyby takie badania były naprawdę dobrze przemyślane i przebiegały zgodnie z ustanowionymi zasadami - rzeczywiście można by po gruntownych testach dać takiemu kierowcy trochę więcej możliwości i ustanowić inne limity prędkości.
Oczywiście, temat jest szeroki jak A4. Zdaję sobie sprawę, że sam pomysł pozostawia wiele niewyjaśnionych kwestii i wymaga dopracowania. Uważam jednak, że takie rozwiązanie plus dodatkowo weryfikacja pewnych absurdalnych ograniczeń prędkości przyniosłoby same dobre efekty. Dopóki jednak będziemy milczeć – musimy godzić się na płacenie mandatów za jazdę 80km/h o 1:30 w nocy w trasie w terenie zabudowanym…
Anna Grzesik